Król stand-upowej bajery

Jeden z najlepszych polskich stand-uperów Adam van Bendler rozmawia z nami o tym, czy komicy są smutni, i czy można w Polsce zarobić na gadce.

TW: Czy uważasz, że nic, co ludzkie nie jest Ci obce i żarty o wydalaniu gazów i torsjach są ok?
AB: Jeśli taki żart ma zabawną konstrukcję i nie opiera się jedynie na wywołaniu obrzydzenia, to nie jest taki zły. Osobiście sam niekiedy uśmiechnę się po takim żarcie.
TW: Jaka jest Twoja granica, o czym na pewno nigdy nie zrobiłbyś żartu?
AB: Być może przyjdzie taki dzień. Wtedy kupię sobie perukę i założę grupę kabaretową.
TW: Skąd pomysł żeby zostać standuperem, a skąd, żeby nagrywać skecze na Youtuba?
AB: Kiedy wróciłem z Norwegii po 5 latach ostrego zapierdolu, powiedziałem sobie, że spróbuję każdej rzeczy, o której marzyłem przez cały ciężki pobyt zagranicą. Zarówno
w środowisku stand-upowym, jak i w Gdyńskiej Szkole Filmowej, miałem szczęście poznać cudownych ludzi na swojej drodze, z którymi działam do dzisiaj.
TW: Jesteś duszą towarzystwa, czy masz tak pokręconych znajomych, że nie wybijasz się na ich tle?
AB: Bardzo lubię towarzystwo znajomych, ale szczerze, wolę posłuchać, co mają do powiedzenia, niż mordować ich żartami z rękawa przy każdej okazji. Całą potrzebę uwagi skupionej na mnie wyczerpuję podczas godzinnego występu na scenie. Kiedy jestem sam, większość czasu spędzam na myśleniu o żartach lub nadrabianiu zaległych obowiązków, więc możliwość odłączenia tej wtyczki jest dla mnie zbawieniem.

TW: O czym najczęściej żartujecie w swoim gronie?
AB: Żartujemy z siebie nawzajem głównie. Szydera w tym zawodzie jest tak samo potrzebna jak w piłkarskiej szatni. Uważam, że żartowanie z siebie nawzajem jest bardzo oczyszczające.
TW: Jak długo przygotowujesz się do występu?
AB: Jeśli mam sprawdzony materiał, z którym jeżdżę cały sezon, wystarczy mi 5 minut. Natomiast kiedy jest impreza open-micowa, na której testujemy nowe żarty, niekiedy chodzę zestresowany od rana, bo nie wiem, jaka będzie reakcja na nowy materiał.

TW: Czy z bycia stand-uperem można wyżyć?
AB: Można, ale trzeba pokonać długą drogę i być bardzo pokornym. Ja sam potrzebowałem dużo czasu, żeby pewne rzeczy zrozumieć. Wszystkim młodym komikom życzę dużo wytrwałości.
TW: Jak była najdziwniejsza reakcja widzów, która najbardziej zapadła Ci w pamięć?
AB: 3 lata temu występowaliśmy z kolegą na jakimś zadupiu. W lokalu było ok. 12 osób. No i wśród nich znalazło się dwóch gości, którzy chcieli pobić kolegę za jakiś żart o Jezusie. Baliśmy się wyjść na zewnątrz, bo klub nie miał żadnej ochrony. W końcu po tajniacku poszedłem do kibla i odpaliłem na YT filmik w stylu „Jak bezpiecznie przetrwać butowanie na glebie”. Obejrzałem dwa razy, wyszedłem z klopa i powiedziałem koledze, że… nie ma co się bać frajerów. Okazało się, że nawet na nas nie czekali.
TW: Jak radzisz sobie z tremą?
AB: Myślę sobie, że życie to i tak jeden żart i nie ma się czego bać.
TW: Masz tak pojechane życie, czy wymyślasz te wszystkie historie?
AB: Każda moja historia ma zalążek w prawdziwych wydarzeniach, ale umówmy się, że ja robię z nich po prostu żarty. Gdybym miał mówić samą prawdę to albo wylądowałbym w pierdlu, albo w stowarzyszeniu anonimowych patusów. Ale w każdej historyjce czai się prawdziwa trauma.

TW: Masz dziewczynę? Tłum fanek wysyła Ci nagie zdjęcia, propozycje seksualne?
AB: Myślę, że moja dziewczyna dostaje ich więcej niż ja.
TW: W jaki sposób wybierasz sobie widza z widowni do zjechania? Nie boisz się, że się obrazi/zhejtuje?
AB: Staram się tak rozmawiać z publiką, żeby nikt się nie obraził. Chyba, że ktoś wchodzi mi w słowo i próbuje zepsuć wieczór, za który zapłaciła też reszta osób na sali. Wtedy trzeba działać bardziej dosadnie.
TW: Im śmieszniejszy stand-uper, tym smutniejsze ma życie?
AB: Niekoniecznie. Ja akurat często przysmucałem w gronie komików, ale moje życie wreszcie się poukładało, więc jest w porządku. Natomiast komicy to wbrew pozorom bardzo wrażliwi, empatyczni ludzie. Jak większość artystów.
TW: Czy Twoja rodzina lekceważy Twoją pracę, a rodzice każą zająć się czymś produktywnym?
AB: Rodzice wiedzą, że nie chodzę głodny, w podartych gaciach, więc chyba wreszcie zaczęli wierzyć w to, co robię. Choć często zdarza mi się robić sobie jaja z naszych relacji w domu. Ale wiedzą, że to wszystko przecież tylko żarty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *