Zakładniczki

„Ała kaczuu”, czyli „łap i uciekaj”. Kirgiski zwyczaj porywania przyszłej panny młodej przez małżonka. Brzmi romantycznie i ekscytująco? Niekoniecznie.

Kirgistan to państwo, w którym próżno szukać romantycznych mężczyzn. Zresztą komu w głowie amory, jeśli w domu czekają krowy do wydojenia, kozy i konie do oporządzenia, jedzenie do ugotowania i wiele innych, bardziej prozaicznych czynności. Życie. Wśród takiego natłoku obowiązków nie ma więc czasu na zaloty. Zresztą po co? Przyszłą małżonkę można sobie najzwyczajniej w świecie i nierzadko za przyzwoleniem przyszłych teściów, porwać. W kraju, gdzie ponad 30% małżeństw zawieranych jest właśnie w ten sposób (na wsiach współczynnik ten wynosi ponad 60%), zwyczaj ten jest uznawany niemal za tradycję. Jak tu bowiem nie mówić o tradycji, gdy tak w domu pojawiła się babka, matka i inne krewne.

Do „ała kaczuu” dochodzi wówczas, kiedy dziewczyna uprowadzona siłą i wbrew własnej woli, trafia do domu pana młodego. Kirgiski zwyczaj głosi bowiem, że kobieta przed ślubem powinna zamieszkać w domu swojego wybranka. Nierzadko mężczyzny, którego wcześniej nie widziała na oczy. W procederze porwania bierze udział nie tylko przyszły małżonek, ale również jego koledzy i krewni. Zresztą niewiele osób korzysta z możliwości zgłoszenia porwania. Na miejscu uprowadzona kobieta witana jest przez przyszłą rodzinę. Najstarsza matrona narzuca jej na głowę białą chustę – symbol zgody na zamążpójście. I od tej chwili państwo młodzi mogą żyć „długo i szczęśliwie”. Ponad 90% porwanych godzi się na ten proceder. Odmowa zostania panną młodą jest bowiem uznawana za hańbę. A ta może skutkować nawet wyrzeczeniem się córki przez rodziców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *